SMAKI AZJI - DZIEŃ 13 ROWEREM PRZEZ AZJĘ
O.K. Trochę przesadziłam z tytułem ale jak to ładnie brzmi :) moja przygoda z rowerem i Azją to zaledwie kilka godzin. Ale zacznijmy od początku. W ostatnim artykule obiecałam powiedzieć, na czym polegają bilety "open bus" w Wietnami. Poniżej garść informacji.
Open bus w Wietnamie. Jest to opcja warta rozważenia przez każdego, który nie chce zatrzymać się w jednym miejscu, a podróżować wzdłuż linii północ - południe. I oczywiście ma czas aby przemieszczać się autobusem!
Czym jest zatem otwarty bilet (open bus)? Jest to bilet, który pozwala na przemieszczanie się (w jednym kierunku) na linii Hanoi – Ninh Binh – Phong Nha – Hué – Hoi An – Nha Trang – Dalat – Mui Ne – Saigon (Ho Chi Minh City). Bilet taki ważny jest przez 30 dni, a jego cena kształtuje się pomiędzy 50-60$ i zależy od liczby przystanków na drodzę. Autobusy, którymi się podróżuje, przeważnie są typu sleeper, tzn. że są wyposażone w leżanki oraz poduszki i koce. Podróż ta, oprócz niewielkich kosztów biletów, pozwala również zaoszczędzić na noclegach, ponieważ większość autobusów jeździ nocą. Ponadto kierowcy zatrzymują się na posiłki i toaletę, a pojazdy zaopatrzone są w Wi-Fi (które czasem działa, a jeszcze częściej nie :P). Dodatkowo "na przywitanie" otrzymuję się butelkę wody.
Wiele biur oferuje również darmowy transfer z hotelu do miejsca, z którego odjeżdżają autobusy.
Gdzie zakupić bilet? Najłatwiejszą opcją jest zapytanie w miejscu noclegowym, gdzie się planuje zostać. Bilety są sprzedawane również w agencjach turystycznych. Przeważnie nie trzeba ich rezerwować z wyprzedzeniem.
Po opuszczeniu wieczorem Hanoi, we wczesnych godzinach porannych docieramy do Hue, gdzie mamy przesiadkę i po kilkudziesięciu minutach kolejnych autobusem jedziemy już do Hoi An, gdzie docieramy koło południa. Na miejscu kwaterujemy się w hotelu, mamy krótką chwilę na odpoczynek, prysznic, zmianę ubrania po nocnej podróży, po czym ruszamy w teren. Tym razem nie poruszamy się pieszo, a wypożyczamy w hotelu rowery. Jeździmy bocznymi drogami, więc przemieszczanie się nie jest stresujące. Kto był w Wietnamie, albo w Azji Południowo - Wschodniej wie o czym mówie! Naszym miejscem docelowym jest restauracja położona na plaży, gdzie próbujemy charakterystycznej dla tego regionu ryby w liściu banana.
Droga powrotna prowadzi pomiędzy polami uprawnymi, wzdłuż obrzeży Hoi An.
Dołączam krótki filmik, abyście i Wy poczuli klimat!
Po powrocie do hotelu ponownie mamy chwilę na odpoczynek. Czekamy również na osoby, które zdecydowały się na masaż wykonywany przez osoby niepełnosprawne. W godzinach wieczornych udajemy się do zabytkowego centrum Hoi An. Całego w światełkach, lampionach, gdzie kwitnie życie. Ważne! Aby poruszać się po mieście należy wykupić bilet! Może on być sprawdzony w każdym momencie przez służby. Ponadto upoważnia do wejścia do wybranych atrakcji.
Podczas spaceru oglądamy również tablicę poświęconą Polakowi - Kazimierzowi Kwiatkowskiemu. Wietnamczycy, a zwłaszcza mieszkańcy Hoi An uwielbiają go, ponieważ zapobiegł zniszczeniu starówki. "Kazik", bo pod taką nazwą jest znany Polak w Wietnamie, przyjechał do tego azjatyckiego państwa jako ochotnik w 1981 r. i zakochał się w Hoi An. Odkrył potencjał turystyczny w miasteczku portowym z małymi, drewnianymi domkami z XVII - XVIII w. oraz krytym, japońskim mostku. Wówczas port stracił na znaczeniu i chylił się ku upadkowi. Komuniści zniszczone miasteczko chcieli wyburzyć, a na miejscu drewnianej zabudowy postawić betonowe blokowiska. Jakimś cudem Kwiatkowskiemu udało się ich przekonać, że to nie jest dobry pomysł. Zaproponował, że miasteczko odrestauruje, pozostawiając je niezmienione, co przyniesie więcej korzyści mieszkańcom niż nowe, betonowe budynki. I miał rację! Hoi An czerpie olbrzymie korzyści finansowe z turystyki, a samo miasteczko zostało wpisanę na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Oprócz Hoi An "Kazik" przyczynił się do odnowienia Hue oraz My Son. Zmarł na zawał serca w 1997 r. w Hue.
Wzdłuż rzeki Thu Bon, która przepływa przez Hoi An, rozstawione są liczne budki z przysmakami azjatyckimi. Po raz pierwszy próbuje duriana, który określany jest najbardziej śmierdzącym owocem na świecie oraz tajskich lodów. Pycha! Próbowaliście je kiedyś?
To nie koniec smakołyków. W tle zdjęcia widzicie słoiczki, a w nich są orzechy o różnych smakach: kawowy, cytrynowy, o smaku duriana, mango etc. Wole nie liczyć ile tych słoiczków kupiłam przez 3 dni kiedy byliśmy w Hoi An. Może dodam, że za orzechami średnio przepadam :d O czym to świadczy?
Dobranoc!


Komentarze
Prześlij komentarz