SMAKI AZJI - DZIEŃ 7 WITAJ PRZYGODO!

Przed nami kolejny, słoneczny dzień.
Dzisiaj udajemy się na dwudniowy trekking do dżungli laotańskiej. Nocleg spędzimy w tradycyjnej wiosce. Będzie to tzw. homestay. Plan na dzień pierwszy: ok 4-5 h trekking górskimi ścieżkami z obiadem na łonie natury. Wędrówka ma na celu zapoznanie nas z roślinnością w dżungli, występującymi tam zwierzętami, a po dotarciu do celu - poznanie życia w wiejskim regionie.
Wszystko zapowiada się bardzo fajnie. Zapowiadało :)

Około godziny 8 wsiedliśmy do wynajętego samochodu, którym mieliśmy dojechać do początku trasy. Już w samochodzie przywitaliśmy się z naszym przewodnikiem lokalnym oraz jego bratem, który miał mu pomóc w niesieniu pożywienia i "dostarczeniu" nas na miejsce. Na rozpoczęcie trekkingu otrzymaliśmy po 3 butelki wody, kolejne czekać miały na nas po dotarciu do celu. 
Trasa rozpoczynała się łagodnym podejściem pod górkę, jeszcze w nieosłoniętym terenie. Podziwialiśmy zatem dżunglę w oddali oraz góry. Wyglądało to mniej więcej tak:




Te czerwone kwiaty nie są roślinami dzikimi. Jak nas poinformował przewodnik są one sadzone przez lokalną ludność. Jak się później okazało nawet w dżungli są tworzone poletka, na których są sądzone warzywa.

Po kilku kilometrach weszliśmy do lasu/dżungli. Chyba większość z nas spodziewała się lian, olbrzymich drzew, ścieżek do których karczowania potrzebna będzie maczeta. W rzeczywistości była to szeroka ścieżka, po której można było swobodnie przejść. Dzikich zwierząt brak. Minęliśmy kilkukrotnie jedynie krowy i świnie, ale nie dzikie, a należące do laotańskich wieśniaków.





Po dwóch godzinach marszu, w połowie trekkingu, zjedliśmy nasz lunch, przygotowane wcześniej warzywa i ryż. Przyznam, iż smakowało wybornie! Najedzeni ruszyliśmy w dalszą trasę. Prześwity były coraz mniejsze, przewodnik pędził, ludzie byli coraz bardziej zmęczeni, poddenerwowani. Po kolejnych trzech godzinach wędrówki powinniśmy już zbliżać się do zabudowań i wioski, w której mieliśmy nocować. Widzimy jednak poddenerwowanie rodzeństwa - przewodników. Okazuje się bowiem, iż od momentu spożycia lunchu idziemy cały czas w złym kierunku i nie mają pojęcia gdzie jesteśmy!!! Ja przyjęłam tą wiadomość ze spokojem. Ahoj przygodo!  :D Dla wielu jednak był to moment, kiedy nerwy puściły i nawet mnie się oberwało, iż się zgubiliśmy. Jakbym to ja była przewodnikiem i znała laotańskie ścieżki... Zostawie to bez komentarza. Po kilkunastu minutach złości, kłótni, wzajemnych pretensji i opuszczeniu grupy przez brata głównego przewodnika (obraził się facet :P ) zaczęliśmy iść w niewiadomym kierunku. Na szczęście na naszej trasie spotkaliśmy małżeństwo z pobliskiej wioski. Pobliska wioska to dla nich 2h marszu. Po zaproponowaniu, aby mąż kobiety zaprowadził nas do niej, ruszyliśmy w trasę. Po dwóch godzinach okazało się, iż dalej jesteśmy w centrum dżungli, korzystamy z maczet, żeby stworzyć ścieżkę i staramy się nie zabić na śliskim podłożu. Po kolejnych czterech godzinach wędrówki widzimy pierwsze zabudowania (haha jeszcze nie naszej wioski :P ), w kierunku których się udajemy. Do drogi szutrowej docieramy tuż przed zmierzchem.






Na szczęście na ostatnie 2,5 km trasy przewodnik załatwia dla nas transport, który dowozi nas na obrzeża. Tutaj musimy poczekać na pozwolenie wodza, aby nas przyjęto i ugoszczono. Jest około 19. Wielu z nas od godziny 11 nie miała żadnego pożywienia w ustach, niektórym kilka godzin wcześniej skończyła się woda. Czekaliśmy zatem niecierpliwie. Po ok. 45 min (albo tylko tak się nam wydawało) otrzymaliśmy zgodę na nocleg. Zaprowadzono nas do budynku dawnej szkoły, gdzie kazano usiaść. W międzyczasie przez megaforn wódz ogłosił w całej wsi, iż mają gości i prosi kobiety o przygotowanie miejsc noclegowych i pożywienia. Wykończeni zasiedliśmy przy stole w oczekiwaniu na posiłek. Pilot zakupił dla każdego po piwie, aby zatrzeć złe wrażenia. Z przyjemnością przyjeliśmy trunki, aby się ochłodzić. Może dodam, iż temperatura wynosiła przez cały dzień ok 30 st. C, do tego duża wilgotność powietrza...
Po posiłku część osób urządziła tańce, część patrzyła na gwiady (a było ich sporo widocznych!), część korzystała z prysznica. Sam proces mycia był niezwykle ciekawy i dla niektórych krępujący, ponieważ na całą wioskę był jeden prysznic (rano się okazało, iż w jej kolejnej części jest drugi) i składa się on z niewysokiego murku do którego przyczepiono kranik z zimną wodą. Nie ma żadnego zadaszenia i kąpiąc się widać gwiazdy. Magicznie <3 Jedyne co było niezbyt komfortowe to lokalni mężczyźni przychodzący się umyć. Ja na szczęście nie miałam towarzystwa przy myciu, koleżance się nie udało :P
Zmęczeni ułożyliśmy się spać na materacach i kołdrach pod moskiterami. Część osób zasnęła po przyłożeniu głowy do poduszki. Dla mnie to była dłuuuggggaaaaa noc, bo trafiłam obok najbardziej chrapiącego osobnika. No cóż - to się nazywa szczęście w moim wykonaniu. Tak wyglądały nasze łoża:


Ale... przygodo trwaj! Jutro musimy się wydostać z tej wioski :D

C.D. opowieści Azjatyckich już po świętach Wielkanocnych. Wszystkim czytelnikom życzę Wesołych Świąt!

Komentarze

  1. No to ja Cię chyba poczytam. A na takie podróże przydają się zatyczki do uszu. Warto też zabrać opaskę na oczy. Nie wszyscy chcą spać w tym samym czasie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz już wiem :) ale to był pierwszy raz kiedy ich potrzebowałam tak bardzo :) Jak to mówią: mądry Polak po szkodzie :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

SMAKI AZJI - DZIEŃ 17 PORA SUCHA CZY PORA MOKRA?

SMAKI AZJI - DZIEŃ 9 MIASTO JAK Z POCZTÓWKI