SMAKI AZJI - DZIEŃ 4 DZIEŃ DOBRY LAOSIE!
Uff! To była długa podróż i męcząca. Praktycznie nie udało mi się oka zmróżyć, a oto powody:
1) przez całą noc włączone było światło w przedziale
2) łóżko było względnie wąskie i bałam się, że się zbyt mocno przekręce i spadne
3) temperatura zmieniała się ciągle z +30 stopni na +15
.. i jak tu spać?
A oto jak wyglądają pociągi w Tajlandii:
Ogólnie standard jest bardzo dobry. Rada dla lubiących się wyspać: wybierzcie dolne łóżko: zmiany temperatury nie będą aż tak odczuwalne, łóżko jest szersze o ok. 10-15 cm i da się zasłonić zasłonkę w taki sposób, aby zaświecone światło nie przeszkadzało w śnie. Warto również zabrać cienki śpiwór, który pozwoli się ogrzać przy włączonej klimatyzacji.
W godzinach wczesnoporannych dotarliśmy do granicy z Laosem, na której spędziliśmy ponad 1h w oczekiwaniu na wizę i aby załatwić wszystkie formalności. Koszt wizy to 30$.
Po przekroczeniu granicy Mostem Przyjaźni tajsko-laotańskiej wynajęliśmy busy, które zawiozły nas do hotelu w Vientianie, stolicy Laosu, gdzie mieliśmy czas na prysznic i krótki odpoczynek, a później: zwiedzanie :D
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od oglądania kota :D Czy ja już wspominałam, iż zarówno w Bangkoku jak i Laosie na każdym kroku widać te zwierzaki?
Ale wracając do Vientiane i Laosu.
Skutki wojny wietnamskiej w Laosie widać na każdym kroku. Pomiędzy 1964 a 1973 r. ponad dwa miliony bomb zostały zrzucone przez Amerykanów na terytorium Laosu.
Wiele z nich nie wybuchło od razu. Zbierają one żniwo współcześnie, zwłaszcza na terenach wiejskich, gdzie bomby kasetowe ranią wielu ludzi. Problem jest tak powszechny, że wezwano COPE (Cooperative Orthotic & Prosthetic Enterprise), który powstał, aby pomóc ofiarom bomb poprzez dostarczanie protez, usługi rehabilitacyjne i edukowanie społeczności wiejskiej dotkniętej bombardowaniami, co ma zapobiegać wypadkom w przyszłości.
W stolicy znajduje się Centrum Turystyczne COPE, pokazujące efekty bombardowań i ich skutki dla ludności cywilnej. W środku zwisają dziesiątki zużytych protez, zwróconych przez ofiary bomb w zamian za nowe protezy. Znajduje się tam również pełnowymiarowa replika laotańskiego domu na palach, z codziennymi przedmiotami gospodarstwa domowego stworzonymi ze sprzętu wojskowego (okazjonalnie z bomb) wyrzucanego przez wojska amerykańskie i europejskie. Pokazuje to, jak rodziny utylizowały bomby nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Wystawom towarzyszą opowieści i zdjęcia, przedstawiając imiona i twarze tysiąca ofiar kampani wojskowej w Laosie.
Na zewnątrz budynku stoi posąg matki i dziecka stworzony z odrzuconych materiałów bombowych.
Znak „COPE” z boku budynku wykonany jest z użytych protetycznych stóp. Miejsce jest zarówno wstrząsające jak i niezwykle pouczające. Na pewno warte zobaczenia!
Po ok. 30 minutowej wizycie w Centrum Edukacji COPE opuściliśmy stolicę, udając się do odległego o 25 km od Vientian Parku Buddy, znanego również jako Xieng Khuan. Park zawiera 200 buddyjskich oraz hinduskich rzeźb. Jego tworzenie rozpoczął Luang Pu Bunleua Sulilat w 1958 r. Był on kapłanem-szamanem, który zintegrował hinduizm i buddyzm. Na jego wyjątkową perspektywę wpływ miał hinduski riszi, u którego studiował w Wietnamie. Posągi są wykonane ze zbrojonego betonu i wyglądają na bardzo stare, pomimo iż mają kilkadziesiat lat. Są tam zarówno rześby bogów, jak i ludzi, zwierząt, demonów.
Jedna godna uwagi rzeźba przypomina gigantyczną dynię. Ma trzy historie reprezentujące trzy poziomy: Piekło, Ziemię i Niebo. Turyści mogą wejść przez otwór, który jest ujściem 3-metrowej głowy demona i wspiąć się po schodach z piekła do nieba.
Na górze znajduje się punkt widokowy, gdzie widoczny jest cały park.
Inna rzeźbą wartą uwagi jest ogromny 40-metrowy leżący Budda.
Na terenie parku znajdują się również kawiarnie, gdzie można napić się soków ze świeżych owoców lub zjeść jakąś przekąskę. Ja po raz pierwszy spróbowałam wody kokosowej prosto z kokosa i muszę przyznać, że nie przypadła mi do gustu.
Pora na powrót do stolicy. Na samym początku zwracam uwagę na brak wieżowców, tak charakterystyczny dla każdej stolicy. Widać jednak wszechobecne budowy z wizualizacjami "drapaczy chmur". Zwiedzanie Vientiane rozpoczęliśmy od Pha That Luang, czyli XVI w., kilkupoziomowej złotej stupy buddyjskiej o wysokości 44 m z zielonym dziedzińcem otoczonym murem. Jest to symbol i zarazem najświętsze miejsce w Laosie, a wszystko przez znajdującej się we wnętrzu relikwi - kości (mostkowi) Buddy. Wstęp na teren Wielkiej Świętej Stupy jest płatny, nawet jeśli wnętrza w tym dniu były zamknięte, o czym "zapomniano" nas poinformować przy wejściu. A oto jak wygląda:
1) przez całą noc włączone było światło w przedziale
2) łóżko było względnie wąskie i bałam się, że się zbyt mocno przekręce i spadne
3) temperatura zmieniała się ciągle z +30 stopni na +15
.. i jak tu spać?
A oto jak wyglądają pociągi w Tajlandii:
Ogólnie standard jest bardzo dobry. Rada dla lubiących się wyspać: wybierzcie dolne łóżko: zmiany temperatury nie będą aż tak odczuwalne, łóżko jest szersze o ok. 10-15 cm i da się zasłonić zasłonkę w taki sposób, aby zaświecone światło nie przeszkadzało w śnie. Warto również zabrać cienki śpiwór, który pozwoli się ogrzać przy włączonej klimatyzacji.
W godzinach wczesnoporannych dotarliśmy do granicy z Laosem, na której spędziliśmy ponad 1h w oczekiwaniu na wizę i aby załatwić wszystkie formalności. Koszt wizy to 30$.
Po przekroczeniu granicy Mostem Przyjaźni tajsko-laotańskiej wynajęliśmy busy, które zawiozły nas do hotelu w Vientianie, stolicy Laosu, gdzie mieliśmy czas na prysznic i krótki odpoczynek, a później: zwiedzanie :D
LAOS
Stolica: Vientiane
Język urzędowy: laotański
Powierzchnia: 236 800 km² (81. na świecie)
Liczba ludności: 6 680 000 (102. na świecie)
Religia dominująca: buddyzm
Waluta: kip (LAK)
Flaga:
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od oglądania kota :D Czy ja już wspominałam, iż zarówno w Bangkoku jak i Laosie na każdym kroku widać te zwierzaki?
Ale wracając do Vientiane i Laosu.
Skutki wojny wietnamskiej w Laosie widać na każdym kroku. Pomiędzy 1964 a 1973 r. ponad dwa miliony bomb zostały zrzucone przez Amerykanów na terytorium Laosu.
Wiele z nich nie wybuchło od razu. Zbierają one żniwo współcześnie, zwłaszcza na terenach wiejskich, gdzie bomby kasetowe ranią wielu ludzi. Problem jest tak powszechny, że wezwano COPE (Cooperative Orthotic & Prosthetic Enterprise), który powstał, aby pomóc ofiarom bomb poprzez dostarczanie protez, usługi rehabilitacyjne i edukowanie społeczności wiejskiej dotkniętej bombardowaniami, co ma zapobiegać wypadkom w przyszłości.
W stolicy znajduje się Centrum Turystyczne COPE, pokazujące efekty bombardowań i ich skutki dla ludności cywilnej. W środku zwisają dziesiątki zużytych protez, zwróconych przez ofiary bomb w zamian za nowe protezy. Znajduje się tam również pełnowymiarowa replika laotańskiego domu na palach, z codziennymi przedmiotami gospodarstwa domowego stworzonymi ze sprzętu wojskowego (okazjonalnie z bomb) wyrzucanego przez wojska amerykańskie i europejskie. Pokazuje to, jak rodziny utylizowały bomby nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Wystawom towarzyszą opowieści i zdjęcia, przedstawiając imiona i twarze tysiąca ofiar kampani wojskowej w Laosie.
Na zewnątrz budynku stoi posąg matki i dziecka stworzony z odrzuconych materiałów bombowych.
Znak „COPE” z boku budynku wykonany jest z użytych protetycznych stóp. Miejsce jest zarówno wstrząsające jak i niezwykle pouczające. Na pewno warte zobaczenia!
Po ok. 30 minutowej wizycie w Centrum Edukacji COPE opuściliśmy stolicę, udając się do odległego o 25 km od Vientian Parku Buddy, znanego również jako Xieng Khuan. Park zawiera 200 buddyjskich oraz hinduskich rzeźb. Jego tworzenie rozpoczął Luang Pu Bunleua Sulilat w 1958 r. Był on kapłanem-szamanem, który zintegrował hinduizm i buddyzm. Na jego wyjątkową perspektywę wpływ miał hinduski riszi, u którego studiował w Wietnamie. Posągi są wykonane ze zbrojonego betonu i wyglądają na bardzo stare, pomimo iż mają kilkadziesiat lat. Są tam zarówno rześby bogów, jak i ludzi, zwierząt, demonów.
Jedna godna uwagi rzeźba przypomina gigantyczną dynię. Ma trzy historie reprezentujące trzy poziomy: Piekło, Ziemię i Niebo. Turyści mogą wejść przez otwór, który jest ujściem 3-metrowej głowy demona i wspiąć się po schodach z piekła do nieba.
Na górze znajduje się punkt widokowy, gdzie widoczny jest cały park.
Na terenie parku znajdują się również kawiarnie, gdzie można napić się soków ze świeżych owoców lub zjeść jakąś przekąskę. Ja po raz pierwszy spróbowałam wody kokosowej prosto z kokosa i muszę przyznać, że nie przypadła mi do gustu.
Pora na powrót do stolicy. Na samym początku zwracam uwagę na brak wieżowców, tak charakterystyczny dla każdej stolicy. Widać jednak wszechobecne budowy z wizualizacjami "drapaczy chmur". Zwiedzanie Vientiane rozpoczęliśmy od Pha That Luang, czyli XVI w., kilkupoziomowej złotej stupy buddyjskiej o wysokości 44 m z zielonym dziedzińcem otoczonym murem. Jest to symbol i zarazem najświętsze miejsce w Laosie, a wszystko przez znajdującej się we wnętrzu relikwi - kości (mostkowi) Buddy. Wstęp na teren Wielkiej Świętej Stupy jest płatny, nawet jeśli wnętrza w tym dniu były zamknięte, o czym "zapomniano" nas poinformować przy wejściu. A oto jak wygląda:
Po obejrzeniu stupy przejechaliśmy w kierunku Patuxai. Jest to łuk triumfalny, zwany przez niektórych Bramą Zwycięstwa Vientiane. Stanowi on nawiązanie do łuku triumfalnego na Polach Elizejskich w Paryżu. Powstał w 1962 r. dla uczczenia tych, którzy walczyli przeciwko Francji o niepodległość Laosu (w latach 1893 – 1954 Laos był protektoratem francuskim). Ma również przypominać o ofiarach II wojny światowej. Patuxai żartobliwie nazywany jest także "pasem startowym w pionie". Dlaczego? Został stworzony z betonu podarowanego przez USA na budowę lotniska. Na szczycie pomnika jest zlokalizowany punkt widokowy na miasto.
Wiem, że na zdjęciu widać fragment mojej dłoni, ale niestety słońce znajdowało się tuż ponad łukiem i każda inna próba zrobienia zdjęcia była zakończona niepowodzeniem.
Szybko przejeżdamy do kolejnego punktu - Haw Phra Kaew, ponieważ zbliżają się godziny zamknięcia świątyni. Królewska świątynia Setthathirata była "domem" dla Szmaragdowego Buddy aż do 1778 r. Niestety została ona zniszczona w czasie najazdu Tajów na początku XIX w. i odbudowana dopiero po II wojnie światowej. Świątynie odnowiono w 2017 r. i teraz wygląda tak:
I pomnik Buddy zbierającego datki :)
Po drugiej stronie ulicy stoi natomiast Wat Si Saket, najstarsza świątynia w mieście (1818 r.).
W środku można podziwiać freski (niestety nie można robić zdjęć), a w otaczających krużgankach stoi około dwóch tysięcy porcelanowych i srebrnych posągów Buddy z XVI-XIX wieku. Samo otoczenie świątyni jest bardzo klimatyczne. Myślę, iż jest to mój nr 1 jeśli chodzi o świątynie w Vientiane.
W drodze powrotniej zatrzymujemy się w bardzo klimatycznej restauracji, której właściciele zgodzili się nas ugościć pomimo iż za pół godziny miało być zamknięcie. Dziękuję Wam za to! Jedzenie było super, miejsce zadbane, czyste i te dekoracje <3
Kilka słów o piwie: to typowy lager o zawartości alkoholu 5 %.
Skład: laotański ryż, woda z podnóży Himalajów, niemiecki chmiel i francuski słód
I to by było na tyle :D
Laotańczycy uznają Beerao za swoją wizytówkę, ja osobiście piłam lepsze piwa.
W restauracji było też kilka słodkich kociaków <3
Droga powrotna do hotelu prowadziła wzdłuż Mekongu. Co tam się działo! Tańce, śpiewy, ćwiczenia, nocny market!
To był długi i intensywny dzień, a jutro już wyruszamy na północ. Dobranoc!!
Psiak na koniec :)

Komentarze
Prześlij komentarz