SMAKI AZJI - DZIEŃ 8 JESTEM W RAJU

To była długa i jednocześnie krótka noc. Długa, bo praktycznie nie spałam, krótka zaś, ponieważ już o 6 rano przyszli do naszego budynku lokalni mieszkańcy, ciekawi niespodziewanych gości. Zaczęli przygotowania do śniadania, na które podali pozostałości z wczorajszej kolacji. Jedzenie było bardzo proste, ale smakowało nam bardzo. Co ciekawe, zaserwowano również herbatę oraz kawę 3w1 :D

Wioska była super! Część z nas skusiła się na poranny spacer, aby poznać zakamarki wioski i przyjrzeć się jej w dziennym świetle. Dookoła nas biegały uśmiechnięte, przeważnie bose dzieci. Wyglądały bardzo beztrosko i aż zachciało się wrócić do dziecięcych lat, kiedy wszystko wydawało się takie proste.








Po leniwym poranku nadeszła pora, aby przygotować się na drugi dzień trekkingu. Przewodnik w godzinach nocnych znalazł osobę, która miała nas wyprowadzić na główną trasę do wioski, w której mieliśmy pierwotnie nocować. I już na starcie pojawiły się rozbierzności odnośnie czasu wędrówki: miała ona trwać 2h, a doszliśmy do celu dopiero po 4,5 h :D Ja się rozkoszowałam każdą godziną, ponieważ widoki były śliczne: zalesione góry, poletka, małe zagrody pośrodku niczego. Część towarzyszy podróży najchętniej nie zrobiłaby ani kroku, jeśli tylko opcją powrotu do Luang Prabang byłby samochód. Na szczęście to rozwiązanie nie wchodziło w grę :P W takim bowiem wypadku ominęłyby nas takie widoki:






Po dotarciu do wioski docelowej ucieszyłam się z naszego wczorajszego zgubienia. Zdecydownie nie było klimatu jak dzień wcześniej, budynki były głównie z pustaków. Otoczenie gór jednak "ratowało" sytuację.



Wszyscy jednak niecierpliwie oczekiwaliśmy na samochód, który miał nas zawieźć do wodospadów Kuang Si. Pierwotnie nasz drugi dzień wędrówki miał nas do nich doprowadzić, jednak przez wypadki losowe nie było takiej możliwości. Aby je zobaczyć musimy być jednak cierpliwi, ponieważ transport się opóźniał, trasa do przejechania, przez kiepski stan dróg, była długotrwała, a na miejscu jeszcze zjedliśmy obiad. Ale w końcu się udało, ruszamy! Przy wejściu do wodospadów znajduje się  Centrum Ratowania Niedźwiedzi, gdzie można zobaczyć grupę czarnych niedźwiedzi azjatyckich, zwanych księżycowymi. Mieliśmy jednak pecha, ponieważ akurat dzisiaj centrum było zamknięte dla zwiedzających.
Emocje i wrażenia są dawkowane. Po zadbanej ścieżce docieramy najpierw do małej kaskady (wodospady ciągną się na długości kilkuset metrów), w której już zwracamy uwagę na turkusowy kolor wody. Z każdym krokiem kaskad jest coraz więcej, są one coraz większe, jest również przy nich coraz więcej osób. 


Ścieżka kończy się kilkudziesięciometrowymi kaskadami, które nalepiej wyglądają z mostku tuż u jego podstawy.


Po drugiej stronie mostu jest trasa prowadząca do najwyższych partii wodospadu. Ja z wyjścia rezygnuje, korzystając z możliwości kąpieli w naturalnych basenach wapiennych :)



Było to idealne zakończenie przygody w laotańskiej dżungli. Woda była orzeźwiająca, okoliczności przyrody niesamowite. Nikt zatem się nie dziwi, iż wodospady zostały wpisane na listę UNESCO.
Miejsce to jest również wymieniane jako jedno z najpiękniejszych w Laosie. Zasłużenie!

Niestety na nas już pora. Trzeba wracać do Luang Prabang. W końcu jeszcze tyle miejsc zostało do zobaczenia!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

SMAKI AZJI - DZIEŃ 17 PORA SUCHA CZY PORA MOKRA?

SMAKI AZJI - DZIEŃ 9 MIASTO JAK Z POCZTÓWKI

SMAKI AZJI - DZIEŃ 7 WITAJ PRZYGODO!