SMAKI AZJI - DZIEŃ 6 RZEKA ŻYWIĄCA CZTERY KRAJE

Witaj kolejny piękny, ciepły dniu!

Pogoda jak dotąd nas rozpieszcza. Jest ciepło (żeby nie powiedzieć upalnie) i słonecznie. Dzisiaj cały dzień spędzamy na rejsie po rzece Mekong. W planie mamy kilka przystanków w przybrzeżnych wioskach i jaskiniach. Dzisiejszy dzień to również jeden z trzech który spędzamy z naszym przewodnikiem lokalnym, który ma nas zapoznać z okolicami Luang Prabang.

Do przystani (haha duże słowo, bo owa przystań to tylko schodki i fragment błota do pokonania, aby wejść na statek) docieramy tuk-tukami po kilku minutach. To nasze pierwsze przywitanie z Matką Wszystkich Rzek i Wielką Rzeką, jak nazywany jest Mekong. Ta 8. rzeka pod względem długości na świecie (4 500 km) swój początek ma w Tybecie, a następnie płynie przez terytoria: Chin, Laosu, Kambodży oraz Wietnamu, gdzie szeroką deltą o powierzchni 58,5 tys. km² uchodzi do Morza Południowochińskiego. Jest żywicielką, domem oraz miejscem pracy dla milionów Azjatów. Była również źródłem konfliktów i nieporozumień. Od Mekongu zależą uprawy ryżu i połowy ryb.





Pierwszym naszym przystankiem była miejscowość Ban Xiey Hai. Sama nazwa oznacza Wieś Wytwórców Dzbanów i ma sugerować główną profesję mieszkańców. Dzbanów było jednak niewiele, królowały natomiast szale i ubrania jedwabne. 



Odwiedziliśmy również destylnię tradycyjnego alkoholu laotańskiego - wina ryżowego lao lao, a także mieliśmy możliwość jego spróbowania. Co ciekawe kobietom nie chcieli dać tych samych trunków twierdząc, że są za mocne :P no cóż, chyba nie za często mają doczynienia z Polakami :D do butelek często dokładane są węże i skorupiaki, mające dać siłę i moc po spożyciu.



Po krótkiej wizycie w Ban Xiey Hai przepłynęliśmy do Ban Xiey Kony, w której za opłatą ok. 10 $ można było nakarmić słonie oraz skorzystać z kąpieli z nimi. Pomysł wywoływał u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo chciałam je zobaczyć z bliska w naturalnym środowisku a nie zoo, z drugiej jednak zdawałam sobie sprawę, iż zwierzęta te nie są wolne. Stoją z przyczepionymi do nóg łańcuchami, są szkolone, aby w obecności ludzi nie były agresywne. Było mi szkoda tych zwierząt. Moja kąpiel zakończyła się zatem tylko pogłaskaniem ich po trąbie kiedy stały w wodzie. Nie skorzystałam z możliwości wdrapania się na ich grzbiet. Była to granica, której nie chciałam przekroczyć.




Po półgodzinnych zabawach udaliśmy na lunch do restauracji położonej tuż nad Mekongiem. Warta uwagi jest sama wioska, w której się znajduje. Mała, przytulna, czysta. Aż chciałoby się tam zostać na dłużej.



Ostatnim punktem na trasie po posiłku były Jaskinie Pak Ou, które widać już było z kąpieliska dla słoni. Do jaskiń da się dostać wyłącznie łodzią. 


Tradycja głosi, iż zostały odkryte w XVI w. przez króla Setthatirata, stając się od tamtego momentu miejscem kultu. W środku znajdują się bowiem setki figurek Buddy, przynoszonych przez ludzi i wykonanych z różnych materiałów oraz przedstawiających Oświeconych w różnych pozycjach. Wiele figurek jest uszkodzonych. Bo zgodnie z tradycją uszkodzonej figurki Buddy nie wolno wyrzucać, należy ją przynieść do świętego miejsca.



Jaskinie Pak Ou skłądają się z dwóch poziomów. Z dolnego rozciąga się widok na Mekong. Na górny poziom prowadzą schodki, wzdłuż których Laotanki wraz z dziećmi sprzedają błyskotki. Częsty proceder to łapanie ptaków, zamykanie w klatkach i żądanie pieniędzy od chcących ich wypuścić turystów. Moja rada: lepiej nie płacić za uwolnienie ptaka. Na własne oczy widziałam bowiem, iż otłumanione ptaki zaraz po uwolnieniu nie odlatują, są natomiast ponownie łapane i procedura się powtarza. Lepiej chyba powstrzymać się od opłaty, bo jeśli każdy turysta odwiedzający jaskinie przestanie płacić dzieciom za uwielnienie ptaszków, przestaną je w końcu łapać, bo nie będą mieć powodu do ich więzienia. Ważne! Górny poziom wymaga latarki! Zapobiegliwi laotańczycy za niewielką opłatą je wypożyczają przed wejściem.


Od jaskiń do Luang Prabang jest 25 km. Końcówka rejsu jest połączona z zachodem słońca. Widok magiczny!




Koniec rejsu nie oznaczał dla nas końca atrakcji w tym dniu. Na kolację udaliśmy się do luksusowej restauracji, w której zjadłam najdroższy na całej trasie posiłek. Ale warto było!



Po posiłku mieliśmy czas wolny. Wykorzystałam go na nocny spacer po zabytkowym centrum Luang Prabang, wpisanym również na listę UNESCO (więcej informacji o zabytkach w kolejnych postach). Podczas spaceru z M. miałyśmy dużo szczęścia, bowiem w drodze powrotnej do hotelu większość zabytków oraz posągów Buddy miała wyłączone oświetlenie. Oto jak to wyglądało wcześniej:







I to by było wszystko na dzisiaj. To był pełen wrażeń dzień zakończony pysznymi sokami owocowymi i ciasteczkami :P a co jutro? jutro spełnienie moich marzeń i najważniejszy punkt wyprawy azjatyckiej. Do zobaczenia!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

SMAKI AZJI - DZIEŃ 17 PORA SUCHA CZY PORA MOKRA?

SMAKI AZJI - DZIEŃ 9 MIASTO JAK Z POCZTÓWKI

SMAKI AZJI - DZIEŃ 7 WITAJ PRZYGODO!